Każdy chce zabić swojego szefa
– Przecież wie pan o mnie wszystko.
Przytaknął.
– Wszystko to może przesada – zakpił delikatnie. – Nie wiem na przykład, o czym śniła pani dzisiejszej nocy...
Boże. Człowiek składał się z dokumentów. Nie mięśnie, kości, żyły, tkanki miękkie, nie szare komórki, nie płyn rdzeniowy ani DNA... Człowiek to po prostu zbiór dokumentów. Akta na policji, teczka w ubezpieczalni, karty chorobowe, zeznania podatkowe, zbiory FBI, notatki kuratora z odwykówki, wypełnione dawno temu ankiety, metryka urodzenia, baza danych domu dziecka, urząd statystyczny, rejestrator jej lekarza, wydruki z bankomatów i sklepów, w których płaci się kartą. Toy nie była istotą białkową. Była człowiekiem zbudowanym z
papieru i twardych dysków. Jeśli ktoś miał władzę równą Caltronowi, mógł wiedzieć o niej więcej niż ona o sobie wiedziała. Mógł wiedzieć, kiedy ma okres, a kiedy dni płodne, czy lubi czekoladę, czy raczej hamburgery, czy bardziej odpowiadają jej rośli blondyni, czy też preferuje grubych Murzynów, czy siedząc w fotelu i dłubiąc w nosie, ogląda wypożyczone filmy, czy raczej kładzie nogi na biurko i czyta gazety, czy woli
papier toaletowy rumiankowy, czy bezzapachowy, jaki jest stan fory bakteryjnej w jej pochwie, czy jeżeli mruży oczy, jest zdenerwowana, czy przeciwnie – podniecona, czy jeśli swędzi ją tyłek, to znak, że ma grzybicę, czy też po prostu włożyła za ciasne majtki...
Higgins wiedział o Toy wszystko. Trochę więcej niż Bóg. Wiedział, że się zgodzi. Miał rozliczenie wydatków firmy „Iceberg & Vixen”. Miał w ręku charakterystykę psychologiczną dziewczyny. Miał dokładny opis tego, co zdziałała w kosmicznym walcu Moonsunga. Wiedział, w jaki sposób jako niemowlak zwracała uwagę mamy, choć ona sama swojej własnej mamy nie pamiętała. Wiedział, ile razy narobiła w pieluchę dwadzieścia lat temu, wiedział, że w luksusowej pseudoeuropejskiej restauracji będzie się czuła onieśmielona, wiedział, co włoży na siebie tego dnia. Miał ją na widelcu. Pan Bóg w porównaniu z Higginsem był po prostu niedoinformowany. No trudno, pójdzie do piekła. Pan Szatan też miał tysiące programistów do dyspozycji i całkiem niezłe komputery. Jego personel w każdym razie rozgrywał sprawy dużo lepiej niż aniołowie korzystający ciągle z drewnianych liczydeł. Przeciętny anioł na przykład nie wiedział, że miała właśnie „stan wzmożonego napięcia przedmiesiączkowego połączony z obniżoną tolerancją na stres”. Pan Szatan i pan Higgins wiedzieli o tym doskonale. I dlatego wybrali ten dzień na decydujące o jej dalszym życiu spotkanie. Zabębniła palcami w blat stołu. Ciekawe, ile miesięcy temu Higgins wiedział, że zabębni w ten sposób podczas pierwszego spotkania?
Pan Bóg nie liczył się w dalszej rozgrywce. Korzystał facet po prostu z przestarzałego sprzętu. Jakieś tam staromodne abakusy wykonane przez Izrael w czasach przekraczania Morza Czerwonego przez Mojżesza. Niczyja wina. Teraz Higgins i Szatan. Ci dwaj chłopcy nadążali za rozwojem techniki. Było ich na to stać. Odpowiednie wpływy, odpowiednie konta we właściwych bankach, nie to co utarg z tacy. Higgins & Szatan rulez! Takie napisy powinny się pojawiać na ścianach rządowych budynków. Z tym, że Higgins był trochę bogatszy niż rząd Stanów Zjednoczonych. Był troszeczkę lepiej poinformowany niż prezydent. Ciekawe, czy był bogatszy od pana Szatana? Cholera go wie. Może korzystali obaj z usług tej samej kancelarii adwokackiej? A może upili się kiedyś w jakiejś tawernie i kulturalnie podzielili strefy wpływów? Jak biznesmen z biznesmenem? Jak żołnierz Triad z członkiem mafii? „Tu twoje, a tu moje”. „Wszystko w końcu będzie moje, kotek!” – powiedział pewnie wtedy szatan. „Śnisz, idioto! – ryknął chyba śmiechem Higgins. – Wszystko będzie moje! Ubiłem doskonały interes, głupi diable. I moja rada na koniec: nie kupuj więcej tajwańskiego szajsu - niby tańsze, a ty jednak wyszedłeś jak dupek na tym interesie!”
Higgins w każdym razie nie przyszedł tu nadaremno... Tfu! Nadaremnie! Może lepiej nie stosować przestarzałego słownictwa Biblii, równie zdezaktualizowanego jak zeszłoroczne oprogramowanie.
Toy przekonała się już, co potrafi firma Moonsung. Kilka miesięcy po akcji, do której wynajął ją Pat Dante, przekonała się, że firma, jeśli jest tylko odpowiednio duża, może podnieść się z każdego upadku. Prasa i telewizja nie zostawiły na nich suchej nitki, sądy dosłownie rozsmarowały zarząd i przydzieliły ludziom z walca miliardowe odszkodowania... I co? Moonsung dalej trwał alive and well. Ludzi z walca leczono właśnie w szpitalach psychiatrycznych rozsianych na terenie całego kraju. A... A Moonsung przy Caltronie był niczym Kazachstan przy Rosji, niczym Walia wobec Anglii, był równie wielki jak Litwa w porównaniu z Polską...
Pozostawało więc do zadania jedno jedyne pytanie. Dlaczego wybrali właśnie ją? Czego chcieli od byłej prostytutki, byłej narkomanki?
- Dlaczego ja? - spytała więc. Higgins nawet nie podniósł oczu.
- To trochę skomplikowana kwestia. Wojskowy implant nie jest jeszcze sprawdzony. Rząd przerwał nam badania w najciekawszym momencie, jeśli można się tak wyrazić. Słynna ustawa o granicach ingerencji w umysł. Wszczepiliśmy go jednak paru osobom.
– On ci zaraz powie, że nikt nie przeżył – mruknęła Shainee. Miała nieprawdopodobną intuicję. – Toy, zrezygnuj z tego, proszę!
Higgins zerknął z zaciekawieniem na Shainee.
– Nikt nie przeżył – powiedział cicho. – Implant w trakcie aktywacji niszczy zbyt wielkie obszary mózgu. Można skończyć jako roślinka, można umrzeć.
– Jakoś nie słyszałam o serii procesów „rodziny zmarłych kontra Caltron”.
– Istotnie. To byli ochotnicy, osoby nieuleczalnie chore, które implant mógł uratować. Wszystkie
papiery mamy w porządku.
– Toy. Chodźmy stąd! – poprosiła Shainee. – Ten człowiek cię zabije.
– Powiedział pan trzydzieści tysięcy plus... – Toy zawiesiła głos.
– Plus sam implant, który będzie już pani własnością do końca życia – powtórzył. – Jest wart kilka ładnych milionów dolarów.
– Toy, proszę cię. – Shainee zagryzła wargi. – Skoro już pan jest taki uprzejmy, weźmy te pięćset i chodźmy do domu!
– Czekaj, kotek. Skoro on chce mi go wszczepić, to przecież nie po to, żeby znaleźć kolejnego ochotnika do badań. Czegoś od nas chce. – Zerknęła na Tally-Ho, która również zaprzeczyła dyskretnym gestem i wskazała drzwi wyjściowe. – OK. Jaka jest szansa, że przeżyję i będę normalna?
– Ogromna. Implant niszczy te partie mózgu, które i tak pani ma już zniszczone przez kokainę. To po pierwsze. – Higgins upił znowu mały łyk wody. – Po drugie, pani ma już nasz implant w głowie. Po trzecie, jest pani uwarunkowana i jest eksnarkomanką. Co pani brała? S-7? Słynną „siódemkę”, prawda? To coś wypaliło już pani dość sporo pod czaszką... Dobrze, mógłbym wziąć dowolnego narkomana i wszczepić mu implant. Duża szansa, że przeżyje w przeciwieństwie do człowieka normalnego, gdzie zanotujemy zgon z powodu nadmiernego szoku. Ale po co mi narkoman? Chcę panią. Po pierwsze, jest pani już uwarunkowana, a nam się spieszy. Po drugie, przeczytałem wszystko o tym, co pani zrobiła dla Dantego. – Wyjął z kieszeni małe płaskie pudełko. – Proszę położyć na tym dłoń i powiedzieć, że się pani zgadza.
– Nie, Toy! – krzyknęła Tally-Ho.
– Nie, siostro. Pod żadnym pozorem. – Shainee szarpnęła Toy za ramię. – Chodźmy stąd. Proszę!
Toy położyła dłoń na analizatorze. Zeskanował wszystkie impulsy wysyłane przez jej organizm i pobrał próbkę krwi z palca, która miała być dowodem Caltronu w ewentualnej rozprawie sądowej o odszkodowanie. Podpisała więc krwią, że nie jest pod wpływem żadnych środków psychotropowych. Nowoczesna wersja cyrografu.
– Zgadzam się – powiedziała, patrząc Higginsowi prosto w oczy. – Co mi wszczepicie?
Ani na chwilę nie odwrócił wzroku.
– To coś jest implantem mózgowo-rdzeniowym. Nazywa się... Zresztą, mniejsza o nazwę.
Skinął na kelnera, który zabrał prawie nietknięte gotowane warzywa ze stołu. Zabrał też szklankę z wodą i przyniósł następną, mimo że z poprzedniej Higgins zdążył upić zaledwie trzy łyki.
– To ostateczne rozwiązanie kwestii inżynierii genetycznej naszej kochanej cywilizacji.
– Głupia! – Shainee straciła apetyt. Przez chwilę sprawiała wrażenie, że się rozpłacze. – To nie jest dobry człowiek.
Higgins starł palcem niewidzialny pyłek z lśniącego obrusu.
– Teraz mogę wyjawić cel naszego spotkania – powiedział cicho. – To będzie dłuższa opowieść, więc może zamówią panie coś jeszcze?
Toy poprosiła o wódkę. Shainee nic nie chciała. Zamknęła oczy i przytuliła się do ramienia Tally-Ho smutna. Łzy zbierały jej się pod powiekami.
– Zabiją ją – szeptała. – On ją zabije.
Higgins nie zwracał uwagi na dwie dziewczyny. Patrzył prosto w twarz Toy.
– Cała historia ma początek w zeszłym stuleciu – zaczął. – Od prób stworzenia technologii zwanej VR. „Wirtualna rzeczywistość” – zakpił. – Do dziś nie udało się jej stworzyć. Wbrew głośnym kampaniom reklamowym różne firmy skonstruowały „V”, ale nie mogą sobie poradzić z „R”. – Uśmiechnął się ciepło. – Bo co to jest wirtualna rzeczywistość w obecnym wydaniu? Idzie pani do salonu gier, nakłada kombinezon, hełm, uprząż, podwieszają panią do specjalnych szelek na
stojaku. Już w tym momencie wszystkim rozsądnym ludziom chce się śmiać, gdy widzą wierzgające nogami postaci obok i słyszą ich kretyńskie okrzyki w rodzaju: „Ach! Stój, gnoju! Będę strzelał! Chodź, pindo...” albo wręcz „Och, och, och...”. Mniejsza z tym. Pracownik podłącza pani zbroję do komputera i... znajduje się pani w VR. Ha, ha, ha... Ale dobrze.
Widzi pani jakieś potwory, strzela, krew tryska hektolitrami. Boże! Sprowadziłem sobie kiedyś taki sprzęt. Bo nie zdecydowałbym się nigdy na włożenie przepoconego kombinezonu z publicznych salonów. Nie wiem, czym oni to czyszczą... Myślałem, że „rumieńce wstydu” zostaną mi już do końca życia. Czułem się jak idiota. Niby gdzieś tam biegłem, strzelając do czego popadnie, ale wiedziałem przecież, że tak naprawdę tylko ruszam nogami podwieszony na uprzęży przypiętej do stelaża. Koledzy wyli ze śmiechu.
Higgins zaczerpnął tchu.
– Spróbowałem potem seksualnej VR. Rzeczywiście, udało im się mnie podniecić – wyznał szczerze. – Ale co z tego, skoro do niczego konkretnego nie mogło dojść? Wiem, wiem... Są chińskie urządzenia z wbudowanymi onanizatorami. Serdecznie za to dziękuję. Nie mam najmniejszej ochoty, żeby onanizowało mnie urządzenie o wyglądzie gruszki do lewatywy, wyświetlając w hełmie ruchome obrazki panienek z Playboya.
Shainee oderwała się od ramienia Tally-Ho i przełknęła ślinę przerażona.
– Nie, nie, nie... – kontynuował Higgins. – To nie dla mnie. To nie jest do przyjęcia dla większości mężczyzn na świecie. Spróbowałem więc gry strategicznej. Spróbowałem „Moonsung Overdrive”. – Uśmiechnął się i mrugnął do Toy. – To gra oparta na kanwie pani przygód.
Wybałuszyła oczy.
– Jest gra o mnie?!
– Oczywiście. Nie rozumiem pani zdziwienia. Afera z kosmicznym walcem była tak głośna w mediach, że gra pojawiła się natychmiast. Wyprodukowali ją piraci i w związku z tym nie zapłacono wam praw autorskich do postaci. Żeby uniknąć procesów, zmieniono nazwiska i wygląd zewnętrzny ludzi. Ale można wcielić się w każdego. Zamiast „Toy Iceberg” jest „Toye Titanic”, zamiast „Shainee” jest „Shining”, zamiast „Tally-Ho” jest „Action--Station”. Można też wcielić się w Pata Dantego zwanego dla niepoznaki „Joe Petrarka”. Można zostać „panem Brownem”, który w grze nazywa się „panem Smithem”... Koszmar. Uważam się za człowieka inteligentnego, nigdy nie brałem narkotyków, więc, proszę wybaczyć, rozwiązałem aferę, powiedzmy, sto razy szybciej niż pani w rzeczywistości. Ale gra nie dopuszczała takiego rozwiązania. Przegrałem. Programiści uznali, że albo rozwiążę problem tak, jak zrobiła to pani, albo przegrywam. Idiotyzm. No cóż. Nośniki pamięci mają jednak określoną pojemność. Nie da się wymyślić i zapisać wszystkich możliwych rozwiązań do wyboru. Zresztą... Zacząłem znęcać się nad grą. Na przykład na Księżycu poszedłem do najbliższego biura podróży i poprosiłem o bilet na prom do Chin. Wyświetlił się napis „Nielegalna komenda”. OK. Podczas pierwszego spotkania zastrzeliłem Pata Dantego. O przepraszam... „Joego Petrarkę”. Dowiedziałem się, że „Użytkownik wykonał nielegalną operację”. Skoczyłem więc z okna pani biura. Gra zawiesiła się i musiałem wzywać obsługę techniczną. To zbiór bzdur. Kompletny shit software. Jeżeli świat VR to na przykład Nowy Jork, a ja chcę lecieć do Nijmeegen, oczywiście VR zaczyna się sypać. Nie można wirtualnej rzeczywistości zaimplantować w komputerach całego świata. Obawiam się, że nigdy nie można będzie tego zrobić. Bo powiedzmy: gra toczy się w L.A., zakładam istnienie przyszłych, „cudownych” komputerów i chce pani polecieć do Paryża. Leci pani, powiedzmy, że taka technologia pojawi się za kilkadziesiąt lat, i sprawdza napis na murze, który namazała podczas ostatnich wakacji: „Higgins jezd gupi!”. I co? W VR napisu nie będzie! Choćby zeskanowali „cudownie” cały Paryż, napisu nie będzie. Tego się nie da zrobić. Trzeba byłoby skanować Paryż co sekundę. A tu już jesteśmy zbyt blisko schizofrenii, żeby rozmawiać o tym poważnie...
Znowu odetchnął głęboko.
– Zresztą VR to i tak totalna bzdura. Za drogi sprzęt. Można oczywiście fundnąć sobie hełm i rękawice, a nawet kombinezon do domu, ale... W VR czuje pani mniej więcej tyle. – Klepnął ją palcami w dłoń. – I już. Jeśli ktoś panią postrzeli, nie poczuje pani wielkiego bólu, jedynie słaby ucisk kombinezonu. Po drugie, w VR przez cały czas wie pani, że to tylko sofware i serwomechanizmy. Po trzecie, co to za „rzeczywistość”, w której nie mogę niczego polizać, kochać się z kobietą, wymyślić samemu, jak zastrzelić prezydenta i zrealizować ten plan?
Cały problem z wirtualną rzeczywistością polega na tym, że jej uczestnik doskonale wie, że to żadna „rzeczywistość”. Sprawę dałoby się załatwić wszczepianiem do głów implantów, lecz... Kto o zdrowych zmysłach pozwoli sobie wszczepić procesor do mózgu, jeśli nie jest to absolutnie konieczne? Odpowiedź wydaje się prosta – tylko urodzony idiota. Idiotów co prawda na świecie nie brakuje. Niemniej po kilku tygodniach pojawią się przecież nowe procesory, oferujące nowe możliwości. I co? Należy przeprowadzić nową operację na otwartym mózgu? Nie. To koszmar. Caltron zainteresował się rynkiem z powodu jego pojemności...
Higgins przerwał nagle. Pociągnął łyk wody ze stojącej przed nim szklanki. Potem kontynuował.
– Poszliśmy inną drogą. Zadaliśmy sobie pytanie, po co produkować kosztowne urządzenia albo wszczepiać ludziom implanty VR. Czy nie lepiej wykorzystać mechanizm VR, który każdy człowiek już ma w swojej głowie?
– Jaki? – Toy aż podskoczyła na krześle. Tally-Ho i Shainee również popatrzyły zaciekawione.
– Każdy człowiek ma już zaimplementowany system wirtualnej rzeczywistości w głowie – powtórzył Higgins.
Tally-Ho skubnęła coś z talerza. Zastanawiała się gorączkowo.
– Mózg? Umysł?
– Ciepło, ciepło.
– Co to jest?
Higgins upił kolejny łyk wody. Kelner natychmiast zmienił szklankę na nową.
– Sen.
– Proszę?
– Sen.
Higgins nachylił się nad stołem.
– Sen – powtórzył. – Zwykły, normalny, ludzki sen. Przecież, gdy ktoś śni, to wydaje mu się, że wszystko odbywa się naprawdę. Mam rację?
– Owszem.
– Sprokurowaliśmy... – zerknął na Toy, uśmiechnął się à propos poprzedniej wpadki z wyrażeniem „spieszę wyjaśnić”. – Wyprodukowaliśmy urządzenie, które wprowadza człowieka do świata snu. Wszystko wydaje się naturalne. Wszystko prawdziwe. Po prostu śni się sen. – Znowu pokazał swoje olśniewające zęby. – Tak realny jak tylko sen może być. Wszystko „dzieje się naprawdę”. Można odczuwać ból, strach, przyjemność, można się kochać. Naprawdę. – Potarł wargi. – Ile razy miała pani orgazm podczas snu?
Toy przełknęła ślinę, trochę zszokowana.
– No, parę razy. – Usiłowała się nie zaczerwienić.
– Parę?
– No, dobra. Trochę razy więcej niż trochę. Młoda jeszcze jestem – wyjaśniła, jakby mogło to być wyjaśnieniem. – Śnią mi się różne rzeczy z mężczyznami.
– O, właśnie. Czy to był prawdziwy orgazm?
– Tak. – Spuściła oczy skonfundowana. Przynajmniej nie kłamała. Ale bała się podnieść wzrok. Cholera jasna, no, miała orgazm kilka... kilkanaście... kilkadziesiąt... No, dobra. Miewała orgazmy we śnie. I taka jest nasza linia obrony, wysoki sądzie. Na to się nie ma wpływu.
– Sama więc pani widzi, że we śnie można zrobić wszystko. Można być bogiem, można diabłem, można złodziejem, można świętym. I wszystko jest realne. – Odsunął się od blatu. – Można też umrzeć, zginąć, zostać zamordowanym, spalonym żywcem, zostać nabitym na pal. Co kto lubi. Śmierć we śnie jednak nie ma żadnych konsekwencji w rzeczywistości. Po prostu człowiek się budzi. I już.
– Slogan reklamowy: „Możesz przeżyć własną śmierć”?
– Nie tylko. „Miłość z Marilyn Monroe”, „Jak zastrzeliłem papieża”, „Dlaczego jako prezydent nakazałem koniec świata”. I tak dalej.
– Domyślam się, że każdy chce zabić swojego szefa. To też możliwe?
– Owszem. I to bez żadnych konsekwencji, a wrażenie takie, jakby się to zrobiło naprawdę.
-------------
W tym momencie zadzwonił telefon...
W tym momencie we wnętrzu stalkera coś wybuchło. Podmuch zgasił płomień na kombinezonie Winniego i rzucił go na ziemię. To był jedyny facet, który mógł przeżyć z całej załogi. Reszta, rekruci, zostali w środku.
Tally-Ho wysunęła głowę z wnętrza pojazdu.
– Czy ktoś strzela? – spytała.
– Nie – odpowiedziała odruchowo Toy. – To jakiś wypadek.
– Gówno wypadek! – zawyła Maybe Not. – Chodu!!!
Ruszyła biegiem w kierunku zarośli nad rzeką. Cadillac oparł swój erkaem o pancerz mardera i spojrzał na Toy.
– No co tak na mnie patrzysz?! – wrzasnęła. – Nie wiem, kurwa, co się dzieje!
– Co się dzieje? – Z wnętrza wysunęła się głowa Mobutu. – Coś wybuchło?
– Odpieprzcie się! Winnie-Winnie się fajczył.
– Nie mogli sfajczyć Hot Doga? Musieli akurat Winniego?
Maybe Not dobiegła właśnie do zarośli. Clash ciągnął Australijczyka w osmalonym kombinezonie za nogi. Na drugim brzegu rzeki coś błyskało. Ich marder dostał okrutnie w płytę czołową. Targnęło nim w tył o dobre pół metra, aż Toy i Cadillacowi wytrąciło broń z rąk. Mobutu, Tally-Ho, Lady i jakiś chłopak wyskoczyli na zewnątrz. Reszta zaczęła się palić. Toy spanikowana chwyciła gaśnicę i... Chryste! Po prostu wrzuciła ją do środka. Zamiast wyrwać zawleczkę i wpuścić tam strugę piany, ona... po prostu wrzuciła do transportera całą zabezpieczoną gaśnicę. Jezu... Cadillac podał jej karabin, chwycił erkaem i zaczął walić, niezbyt celując. Żar z płonącego mardera zmusił Toy do cofnięcia się o kilka kroków od transportera. Momentalnie oberwała w brzuch. Pocisk spłaszczył się na kamizelce, nie robiąc większej krzywdy, ale dziewczyną targnęło w tył, upadła na plecy, znowu wypuszczając z rąk karabin. Kątem oka zauważyła, że Yellow uderzeniem pięści włączył radar w swoim humvee i wyskoczył z pojazdu. Sekundę później hummer zamienił się w kulę ognia, lecz radar zdążył przekazać dane do komputerów transporterów, ponieważ w piekielnym huku wystartowało z nich jakieś sześćdziesiąt rakiet, celując w miejsca, skąd strzelano, i to idealnie, mierząc po torach nadlatujących pocisków. Na drugim brzegu zagotowało się nagle. Yellow w płonącym ghillie suit czołgał się do drzew. Ogień przeciwnika nagle osłabł, by po chwili się wzmóc i znowu osłabnąć, kiedy jedyny ocalały stalker zaczął walić ze wszystkiego, co miał na wyposażeniu. Toy ogłuszona totalnie chwyciła karabin i swoje klamoty. Podniosła się niemrawo. Usiłowała biec w kierunku drzew, kaszląc i dusząc się coraz bardziej. Zderzyła się z kimś. Chyba z jakimś rosłym facetem, bo ponownie rzuciło ją na ziemię. I całe szczęście, ponieważ tamtego właśnie prawie przepołowiła seria dużego kalibru. Rozpłakała się. Coś eksplodowało za jej głową. Nie słyszała już niczego, tylko uporczywe dzwonienie w uszach. Dwa mardery płonęły – cofając, zderzyły się ze sobą i tak już zostały. Stalker walił z czegoś, co Toy odczuwała aż w kościach jako potworne dudnienie. Trackwolfy wiały na pełnej szybkości. Nad miejscem ich postoju uniósł się ognisty grzyb wybuchu, którego nie powstydziłaby się mała bomba atomowa. To wybuchła ciężarówka z paliwem...
Toy uparcie czołgała się w stronę zarośli. Dostała jeszcze dwukrotnie. Raz w nogę, konkretnie w ochraniacz na udzie, drugi raz w hełm. Zwymiotowała gwałtownie. Zerwała maskę i w idiotycznym odruchu wytarła usta chustką. Zobaczyła jakichś ludzi biegnących w jej kierunku. Odrzuciła plecak i klamoty, chwyciła karabin, zerwała się i przerażona zaczęła biec. Dopadła zbawczych zarośli nad rzeką tuż przy trackwolfe, który tam ugrzązł na samym początku i właśnie się dopalał. Toy przeładowała i wpakowała serię w kogoś, kto zaatakował z boku. Wielką postać odrzuciło o dobry metr. Toy struchlała nagle. Mobutu, wyjąc przez radio, zdjęła maskę i hełm. Beczała na cały głos.
– Toy, kurwa!!! – W irracjonalnym odruchu ściągała z siebie ghillie suit. – Odpaliłaś mi w brzuch sto pocisków!
– Jezus... Jezus. Żyjesz?
– Boże! Boże!!! – Mobutu odpinała rzepy kamizelki kuloodpornej. – Dostałam stówę na korpus! Jezus... Walnęło w jakąś szczelinę? Widzisz krew, kretynko?
– Mobutu! Przepraszam! Przepraszam!!!
– Jezu, widzisz krew, oślico? – Mobutu, łykając łzy, rozpinała kurtkę.
– Nie widzę, bo jesteś czarna! – Toy trzęsącymi się rękami pomagała jej zdejmować mundur. – Chodź bliżej.
Maybe Not wychyliła się spod jakiegoś krzaka.
– To były igłowe z chwytu – powiedziała. – Inaczej już byś nie żyła, durna dupo.
Hot Dog dopadł do nich, ciągnąc razem z Clashem niezbyt przytomnego Winniego.
– No... główki nisko, baby. Teraz się zacznie.
Mobutu, ciągle płacząc, obmacywała się i oklepywała wszędzie. Przypalony Australijczyk jęczał, Toy beczała razem ze swoją koleżanką. Tally-Ho siedziała na brzegu z rozrzuconymi nogami i waliła seriami ze swojego HK, wrzeszcząc:
– Ale fajnie! Ale fajnie!!!
Lady uratowała jej życie, waląc z byka w brzuch i przewracając w krzaki. Potem spadł na nie granat fosforowy. Na szczęście nie wybuchł. Obie aż podskoczyły z okrzykiem przestrachu. Hot Dog i Yellow również wrzeszczeli, ilekroć musieli się odkleić od ziemi, żeby odpalić z granatnika.
W tym momencie zadzwonił telefon Toy. Odruchowo go wyjęła i przyłożyła do ucha.
– Słucham?
Granat odłamkowy wybuchł tuż obok, obsypując ich zwałami ziemi. Toy usiłowała wypluć piasek.
– To ty, Shainee? Co? Kuchenka się pali?
Ich stalker wycofał się pomiędzy drzewa. Potem odpalił pociski rozpryskowe. Wydawało się, że na drugim brzegu pojawiła się dziwna mgła.
– Nie, nie płaczę, Shainee. Jezu, co z dzieckiem? Może się zaczadzić!
Hot Dog nareszcie coś trafił z granatnika. Widać było eksplozję na drugim brzegu. Sam dostał w ochraniacz na ramieniu. Zwymiotował, kiedy Yellow wsunął mu pod kevlar woreczek z absorbentem.
– Shainee, wezwij straż pożarną i natychmiast wynieś dziecko z biura!
Rozległ się dziwny szum. Coś przelatywało górą.
- Do wody! - ryknął Clash. - Teraz napalm!
- Jezu, Shainee, czy ty naprawdę opowiadasz mi tylko film w telewizji?
- Do wody! - krzyknął Cadillac. - Tu zaraz nie będzie czym oddychać!
Chwycił Winniego za kołnierz i pociągnął do rzeki.
- Kotku, wiem, że film o płonącej kuchence jest fajny... Nakarmiłaś dziecko?
Wpadła do wody razem z ostatnią grupą rekrutów. Za ich plecami pojawiła się ściana ognia. Stalker i ocalałe humvee odpowiedziały zmasowanym ostrzałem.
Toy o mało nie utonęła przy samym brzegu, bo miała otwarte usta. Zdążyła jeszcze zauważyć, że ich ogień sprawił, iż niewidoczny do tej pory przeciwnik również wbiegał do rzeki. Widziała wroga. Widziała wroga pod wodą. Byli dziwnie blisko, prawie na wyciągnięcie ręki. Dziwne, rozmazane sylwetki. Przełączyła ogień na ciągły, zasilanie z magazynka w kolbie. Przerażona nacisnęła spust.
Bum... bum... bum... Jezu. Strzelanie pod wodą. Pociski sunęły w zwolnionym tempie. Bum. Przerwa. Bum. Przerwa. Bum. Przerwa... Widziała poruszające się w tył i w przód suwadło zamka swojego karabinu, widziała dosłownie tory pocisków, widziała bąbelki gazu wydostające się z lufy. Widziała też fontanny czegoś, co zaczęło wypływać z ludzi naprzeciwko. Widziała nawet pomarańczową mgłę - dowód na to, że ktoś zsikał się ze strachu. Zupełnie to nierealne, ale widziała!
Bum... bum... bum...
Buch!
Toy dostała w lewe ramię. Powoli, powolutku obróciło ją o sto osiemdziesiąt stopni. Straciła grunt pod nogami. Wydusiło jej powietrze z płuc.
Buch!
Dostała w plecy, gdzieś nisko, aż jej uniosło nogi. Zaczęła tonąć. Ból promieniował pod kevlarowymi ochraniaczami i kamizelką. Powietrza! Cudem odbiła się od dna. Wyprysnęła na powierzchnię, zaczerpnęła haust powietrza i... Szlag! Nie potrafiła zanurzyć się z powrotem. Zadziałał strach, który spętał jej ciało. Wreszcie się opanowała. Wyjąc ze złości na siebie, zanurkowała.
Buch!
Dostała w przeponę. Widziała, dosłownie widziała ten pocisk. Uderzyła twarzą w muliste dno. Podniosła się w ślimaczym tempie.
Bum. Przerwa. Bum. Przerwa. Bum... Suwadło jej karabinu ociężale przesuwało się w tył i w przód. Jezus! Zaraz jakiś panikarz rzuci granat i wszyscy zginiemy!
Wyprysnęła na powierzchnię razem z którymś z rekrutów. Oboje otworzyli usta, żeby zaczerpnąć tchu. On w te usta dostał. Zamarł z jakimś takim dziwnym wyrazem twarzy. Zaczął się powoli zanurzać. Toy zrobiła to szybciej.
Bum... Bum... Bum... Suwadło powolutku przemierzało swą drogę. Pociski leciały... tfu! płynęły, znacząc swój ślad pęcherzykami gazu. Caddie chciał walnąć z erkaemu, ale pod wodą zacięła mu się taśma.
Bum... Bum... Bum... Toy skończyła się amunicja w kolbie. Szlag! Jeśli rzeczywiście ktoś spanikuje i wrzuci granat, będzie masa trupów. Przełączyła na chwyt.
Igłowe pociski utworzyły jedynie mgiełkę przed lufą. Tamci atakowali bagnetami, już z bliska. I tu się przeliczyli. Mobutu, wysoka jak wieża Eifla, a poza tym silna jak koń zachlastała dwóch nożem, zanim zdołali się do niej zbliżyć na odległość ich krótkich rąk. Hot Dog atakował z byka.
Znowu musiała zaczerpnąć oddechu, odbiła się od dna. Przez ułamek sekundy na powierzchni, przez zalane brudną wodą oczy zobaczyła dwóch przeciwników na brzegu, którzy włożyli lufy karabinów do wody, by wspomóc kolegów. Obydwa karabiny eksplodowały. Tak samo jak broń rekruta obok, który wystawił lufę z wody. Zanurkowała znowu, zanurzając się w świat onirycznych dźwięków, bulgocących wrzasków, spowolnionych wystrzałów...
Czuła, że znosi ją prąd. Była z całym sprzętem za ciężka, żeby utrzymać się na powierzchni. I nie umiała pływać. Gorączkowo szukała nogami czegoś, od czego mogłaby się odbić i zaczerpnąć powietrza. Znalazła. Odbiła się od mułu, ale nie dotarła do powierzchni. Spróbowała jeszcze raz. Nic z tego. Niosło ją na głęboką wodę. Boże, zaraz się udusi. Była zbyt słaba, żeby choć próbować płynąć z tym wszystkim, co miała na sobie. Czując, że paraliżujący strach zaczyna ją dusić równie mocno jak brak tlenu, spróbowała jeszcze raz. Znowu nic. Odrzuciła karabin i zaczęła szamotać się z ghillie suit. Nóż. Gdzie jest nóż? Spokojnie. Przecież nie rozetnie całej tej siatki. Usiłując powstrzymać skurcz obolałych płuc, ściągnęła z siebie maskujący mundur. Coś ciągnęło w dół, coraz szybszy nurt obracał Toy powoli, paraliżująca panika ogarniała umysł. Zrzuciła kamizelkę kuloodporną, pas, ochraniacze... Zaraz zwymiotuje i się udusi! Zrzuciła kurtkę, buty i spodnie. Dlaczego to idzie tak powoli? Właściwie pozbyła się wszystkiego i, waląc nogami oraz rękami, jakoś wydostała się na powierzchnię. Pierwszy łyk powietrza dosłownie ją oszołomił. Kaszlała wodą, pluła, prychała, lecz oddychała!
Szkoda, że nie umiała pływać. Jako wychowanka domu dziecka z kiepskiej dzielnicy nigdy nie była nawet na basenie. Czuła, że tonie i że coś jej przeszkadza. Nurt niósł szybko w dół rzeki. Zanurzała się jeszcze szybciej. Odbić się od dna, wyskoczyć na powierzchnię i zdobyć choć jeden oddech. Ni cholery nie wychodziło. Była za lekka, żeby odbić się od dna, a za ciężka, żeby ją wyrzuciło na powierzchnię niczym korek i kompletnie nie umiała pływać.
Trudno, Toy, musisz pożegnać się z tym głupim światem. Obojętniała powoli. Jej ruchy były coraz mniej gwałtowne. W brzuchu strasznie bolało, zaraz się zrzyga, wciągnie to do płuc i umrze. Nie miała siły już się kontrolować. Trudno...
Plecami uderzyła w jakiś kamień. Niemrawo usiłowała go chwycić, ale nic z tego nie wyszło. Teraz uderzyła w coś kolanami. Odruchowo otworzyła usta, wciągnęła wodę do płuc. Koniec. W ataku paniki wyprostowała gwałtownie nogi i... wstała. Woda sięgała jej zaledwie do połowy ud. Rozlewisko. No i co z tego? Dalej nie mogła zaczerpnąć oddechu. Coś utkwiło w płucach, usiłowała odkaszlnąć. Ni cholery. Nachyliła się, chcąc wykrztusić to wszystko, jednak się nie udało. Czerwone cienie pod powiekami nie pozwalały się skupić. Zdesperowana przyłożyła czołem w najbliższy kamień. Ból i krew spływająca po policzkach otrzeźwiły ją na ułamek sekundy. Zaczęła kaszleć. Chrypiała, charczała, słabła, dławiła się, lecz... odkrztuszała powoli drobne porcje wody z płuc. Coś rzęziło w niej gdzieś głęboko.
Była tak słaba, że kiedy tylko odzyskała możliwość oddychania, na razie samymi szczytami płuc, objęła najbliższy kamień i zemdlała albo zasnęła. To nie był dobry sen, ponieważ budziła się co chwilę, krztusząc się i kaszląc, ze zbolałym umysłem, który natrętnie wynajdował wszystkie pierdoły z jej przeszłości, o których chciała zapomnieć, ale... Ale przeżyła. Przeżyła.
Wciąż jeszcze niezbyt przytomna powlokła się na brzeg. Zrozumiała, co jej tak bardzo przeszkadzało w wodzie. Przez cały ten czas trzymała w lewej dłoni telefon komórkowy. Zrezygnowana zwinęła się w kłębek pod najbliższym krzakiem. Nie mogła zasnąć, choć cały jej zdezelowany organizm domagał się odpoczynku. Sama pozbawiła się w rzece całego ekwipunku, w tym najbardziej teraz potrzebnego GPS-a. Była zagubiona gdzieś w Afryce, zdezorientowana i przerażona. Trzeba tu jakoś przeżyć. A do tego celu musiały jej służyć jedynie trzy rzeczy, jakie przy sobie miała. Bielizna, przyklejone do skroni okulary oraz telefon.
Komórka jednak nie działała. Przyciśnięcie czegokolwiek powodowało tylko drażniący dźwięk i dość głośny komunikat, że aparat został uszkodzony. Toy zawsze zastanawiało, dlaczego część elektroniki zwykle okazywała się wodoodporna, a część nie.
Wstała, dłonie oparła o trzęsące się uda. Wokół było cicho. Żadnych odgłosów bitwy w pobliżu, żadnych zwierząt, ćwierkania ptaszków, nic. I niby co miała zrobić bez zapasów, bez jakichkolwiek środków, bez paszportu? Nawet nie miała pojęcia, ile przedrzemała czy przeleżała nieprzytomna z głową opartą na kamieniu. Właśnie zapadał wieczór. Nie miała pojęcia, czy to dzień, w którym toczyła się bitwa w rzece, czy następny. Ruszyła wzdłuż drogi, którą posuwali się wcześniej. Teoretycznie najlepiej byłoby wrócić na pole bitwy, może tam udałoby się znaleźć coś z wyposażenia. Lecz jeśli wygrał ich nieznany przeciwnik i czekał tam jeszcze, byłaby to stuprocentowa recepta na popełnienie samobójstwa. Szła więc w drugą stronę, kalecząc bose stopy o rozpadające się drobinki asfaltu. Myślała cały czas o tych litrach wody, które miała w ustach, w płucach i w brzuchu. Wody z rzeki. A skoro w Maroku kazali zalepiać usta plastrem, nawet biorąc prysznic, to teraz... Teraz już miała w sobie te wszystkie świństwa, cholera wie, bakterie, wirusy, drobnoustroje czy pasożyty. Szlag...
Wybawienie czekało na nią już za zakrętem. Najpierw usłyszała głośny krzyk, a potem serię z broni automatycznej. Ukryła się w krzakach. Znowu przed jej oczami pojawiły się te wszystkie uporczywe pierdoły z przeszłości. Nie oddała długu bliskiej koleżance – jako dziecko pożyczyła od niej jedenaście kapsli od coli, żeby zagrać w autostradę, i wszystkie przegrała. Kapsli nie oddała. Boże, błagam, nie karz mnie za to!!! Wrzeszczała bez powodu na swoją najbliższą koleżankę. Popełniła tysiąc świństw, jak choćby stłuczenie tego głupiego kubeczka Tally-Ho, który tamta przywiozła z Księżyca na pamiątkę. Jezu, jak jej głupio. Jak jej głupio teraz, gdy już strzelają nad głową. Zrobiła milion głupstw w życiu. Nic mądrego. Niczego po sobie nie pozostawi. Pójdzie do grobu razem z milionami świństw, które uczynili jej inni. Na nikim się nie odegra, nikomu nie przebaczy.
Źródło: katedra.nast.pl
Więcej o książce Ziemiańskiego przeczytasz
tutaj.